Dlaczego wszystko aktualnie drożeje?

19 Paź 2021

XXI wiek przyniósł ze sobą wiele drastycznych zmian. Jedną z nich jest zupełne oderwanie rynków finansowych od realnej gospodarki. Ma to swoje dobre strony, większość z nas kryzysy finansowe z 2001 czy 2008 roku śledziła jedynie w telewizji, nie za bardzo odczuwając ich skutki na własnej skórze. I na odwrót, gdy realna gospodarka krwawiła przez pandemię, giełdy biły kolejne historyczne rekordy. Wciąż jednak pozostał jeden trwały pomost między tymi strefami. Trochę na złość wszystkim inflacja nadal pozostaje niechcianą konsekwencją rozpasania największych rynkowych graczy. Konsekwencją, która dotyka nas wszystkich.

Głos ludu

Kolejny rok z rzędu te dwa równoległe światy zostały zdominowane przez jeden wspólny temat, chociaż trochę inaczej tu i tu nazywany. Wśród tłumu hasła dotyczące drożyzny pojawiały się już od pewnego czasu i choć nie da się ukryć, że są one mocno subiektywne, to nie wolno ich całkowicie ignorować. A wydaje się, że ten grzech popełnili zarówno reprezentanci klasy politycznej, jak i finansjery. Przed długi czas towarzyszył nam pewien dysonans, gdy za odczuciami społeczeństwa nie szły oficjalne wskaźniki. Warto się zastanowić skąd się wziął ten dwugłos. Przede wszystkim wynika on z pewnej próby agregacji dokonywanej przez bank centralny czy ośrodki statystyczne. Inflacja rozumiana jako przeciętny wzrost cen w gospodarce jest w pewnym sensie bezduszną miarą. Przeciętny Kowalski, choć ma reprezentować nas wszystkich, tak faktycznie prawdopodobnie w ogóle nie występuje w przyrodzie. Poza tym warto pamiętać, że jest to narzędzie w rękach bankierów centralnych i często jako tako jest używane, co niesie ze sobą pewne nieoczywiste implikacje.

Skąd ta drożyzno-inflacja?

Przede wszystkim warto wiedzieć, skąd tak w ogóle bierze się zjawisko inflacji. Od ponad roku wsłuchując się w głos NBP, mogliśmy się dowiedzieć, że ma ona korzenie w czynnikach zewnętrznych, niezależnych od banku centralnego, głównie w cenie ropy. Nie da się ukryć, że obecny świat jest w niesamowity sposób uzależniony od czarnego złota. Jeżeli drożeje benzyna, przekłada się to nie tylko na ceny paliw na stacjach. Rosną jednocześnie koszty transportu, a to już dotyka praktycznie każdego produktu naszej (jak i zewnętrznych) gospodarek. Ropa jest również substytutem innych źródeł energii, determinując w pewnym stopniu ich koszt. Ale sprowadzenie inflacji zaledwie do pochodnej cen czarnego złota na globalnych rynkach jest pewnym wygodnym uproszczeniem. Sztuczką, po którą wszyscy chętnie sięgają, by zrzucić z siebie odpowiedzialność za rosnące ceny w sklepach. A winnych tego stanu jest znacznie więcej. Zaczynając od tzw. rynków, największych banków centralnych, poprzez nasz rodzimy NBP, rządy wybranych krajów, kończąc na nas wyborcach, co pewnie nie każdemu się spodoba.

Pieniądz to towar

Każde dobro wytworzone w naszej gospodarce podlega pewnym niepodważalnym prawom, choćby tym dotyczącym popytu i podaży. Pieniądz pod tym względem absolutnie nie różni się od pozostałych wytworów człowieka. Czym go więcej na rynku, tym ma mniejszą wartość, zupełnie jak z czekoladą, SUVami, czy usługami fryzjerów. A w ostatnim czasie świat zrobił naprawdę dużo, by zalać gospodarki nieskończonym strumieniem pieniędzy. Robiły to banki centralne w sposób tradycyjny, sprowadzając stopy procentowe do absurdalnie niskich poziomów, przy których jakiekolwiek oszczędzanie było pozbawione sensu, więc każdy pieniądz był wypychany na rynek. Co więcej, praktycznie zerowy (a często i ujemny) koszt kredytu rozhuśtał poziomy zadłużenia do historycznych rekordów. Ale banki centralne poszły jeszcze dalej, zalewając rynki świeżo wykreowanym pieniądzem poprzez programy QE. Myli się jednak ten, który inflację sprowadza tylko do banków centralnych. Redystrybucja środków poprzez programy socjalne, takie jak dochód podstawowy, czy polskie 500+, również przekłada się na ilość pieniądza w obiegu. Cały świat trochę zatracił się w pogoni za nadpłynnością, a inflacja jest tego naturalną konsekwencją.

Znaleźć lekarstwo, nie truciznę

Wydawać by się mogło, że skoro ustalenie przyczyn obecnego stanu rzeczy jest całkiem łatwe, to znalezienie rozwiązania również nie powinno przysporzyć większych problemów. Wiemy już, że mamy trzy główne czynniki nakręcające aktualną drożyznę: ropa naftowa, rządy oraz banki centralne. Klasę polityczną możemy zostawić w spokoju, rządy są po to, by wydawać (nasze) pieniądze, tak było, jest i będzie, gdyż naiwnością jest wiara, że uda się to kiedyś zmienić. Co najwyżej możemy pokusić się o polityków, którzy będą to robić trochę bardziej rozważnie. Nieznacznie więcej instrumentów mamy, by przeciwstawić się wzrostom na rynku ropy, wcale nie musimy się ograniczać do naiwnej wiary zadziałania efektu bazy, w myśl zasady, że skoro teraz jest drogo, to później będzie taniej…

Wracamy jednak do działań banków centralnych, które de facto zostały powołane do życia, po to, by dbać o wartość pieniądza. Hossa na surowcach, a co za tym idzie również na ropie naftowej, jest w pewnym stopniu napędzana środkami wykreowanymi w ramach programów luzowania ilościowego, które są w portfolio obecnie praktycznie każdego BC na świecie. Zakręcenie kurka z dolarami, euro, czy funtami niesie jednak za sobą pewne ryzyka, zwłaszcza patrząc na paniczne reakcje inwestorów na wszelkie choćby plotki z tym związane. Nie da się ukryć, że gospodarka w tak newralgicznym momencie, w jakim się obecnie znajduje, będzie potrzebowała poprawnie funkcjonującego rynku pieniężnego. Krach finansowy, który gdzieś nad nami wisi, z całą pewnością opóźni powrót na ścieżkę globalnego wzrostu PKB.

Podstawowym narzędziem walki z inflacją niezmiennie pozostają jednak stopy procentowe. Historycznie najlepiej poznaliśmy mechanizm wpływania ich poziomu na wartość pieniądza. Przed tym poglądem bardzo długo bronił się Narodowy Bank Polski, na czele z prezesem Glapińskim, który jak mantrę powtarzał przez ostatnie miesiące, że jeszcze nie czas na podnoszenie stóp. Na szczęście w końcu i nasza RPP pod naciskiem kolejnych inflacyjnych odczytów, poprzednich jej członków i pewnie w największym stopniu premiera, który w dzień posiedzenia NBP dość jasno wyraził swoje oczekiwania, zdecydowała się podnieść koszt pieniądza. Znacznie wcześniej tą drogą poszły już inne kraje naszego regionu na czele z Węgrami i Czechami. Kwestią czasu pozostaje, kiedy do tego nurtu wejdą najwięksi światowi gracze.

Pora działać!

Inflacja dotyka nas wszystkich. W pewnym sensie jest podatkiem nakładanym odgórnie na każdego obywatela. Żyjemy w świecie potężnie zadłużonym, do tego stopnia, że utrata wartości pieniądza wydaje się być najbardziej kuszącą metodą wychodzenia ze zobowiązań. Warto jednak pamiętać, że nie ma dróg na skróty, a igranie z inflacją jest bardzo niebezpieczną zabawą. Przekonuje się o tym obecnie Wenezuela, ale praktycznie nie ma kraju na świecie, który  kiedyś w historii nie był dotknięty skutkami szalejącej inflacji. Zresztą, by zniweczyć ostatnie lata względnej prosperity, wcale nie są potrzebne trzycyfrowe odczyty. Spokojnie wystarczy do tego wynik na poziomie 5,8%.

Przedstawione, w dystrybuowanych przez serwis raportach, poglądy, oceny i wnioski są wyrazem osobistych poglądów autorów i nie mają charakteru rekomendacji autora lub serwisu walutomat.pl do nabycia lub zbycia albo powstrzymania się od dokonania transakcji w odniesieniu do jakichkolwiek walut lub papierów wartościowych. Poglądy te jak i inne treści raportów nie stanowią „rekomendacji” lub „doradztwa” w rozumieniu ustawy z dnia 29 lipca 2005 o obrocie instrumentami finansowymi. Wyłączną odpowiedzialność za decyzje inwestycyjne, podjęte lub zaniechane na podstawie komentarza, raportu lub z wykorzystaniem wniosków w nim zawartych, ponosi inwestor.

Autorzy serwisu są również właścicielem majątkowych praw autorskich do treści. Zabronione jest kopiowanie, przedrukowywanie, udostępnianie osobom trzecim i rozpowszechnianie treści w całości lub we fragmentach bez zgody autorów serwisu. Zgodę taką można uzyskać pisząc na adres kontakt@walutomat.pl.

Krzysztof Adamczak

Analityk walutowy Walutomat.pl