Inflacja, czyli zło konieczne

10 Lip 2020

Dotyka nas wszystkich, czy tego chcemy czy nie i obojętnie czy zdajemy sobie sprawę z jej istnienia. Jest też jednym z podstawowych odczytów makroekonomicznych, który obrazuje stan danej gospodarki. Chociaż na jej dźwięk wielu ludzi się krzywi, to na odpowiednim poziomie jest ona niezbędna do prawidłowego rozwoju. Dziś przyjrzymy się bliżej inflacji, która jest tak stara, jak sam pieniądz.

Skąd się wzięła?

Inflację (łac. inflatio – nadęcie) krótko można określić jako powszechny wzrost cen w gospodarce. Zmiana cen różnych produktów jest nieodłączną częścią gospodarki rynkowej, ale dopiero, gdy dzieje się to w większości jej różnych sektorów, możemy mówić o procesie wzrostu ogólnego poziomu cen. Jednak ten proces w postaci, w jakiej znamy go dziś, pojawił się dopiero, gdy powszechne stało się stosowanie pieniędzy papierowych. Wcześniej (nie będziemy się jednak cofać aż do prehistorii i wymiany wyłącznie barterowej), kiedy do rozliczeń stosowano monety wytwarzane z metali szlachetnych (głównie ze złota i srebra), powszechny wzrost cen mógł być spowodowany zwiększeniem bądź zmniejszeniem ilości kruszcu w monetach bez zmiany ich nominału. Często władcy w celu finansowania swoich wydatków (np. wojennych) zaczynali bić monety z mniejszą ilością kruszcu, ale ludzie nie dali się długo nabierać i kupcy szybko żądali zwyczajnie więcej „gorszych” monet za swoje towary. Dodatkowo zgodnie z prawem Kopernika-Greshama „gorszy” pieniądz wypychał z rynku „lepszy”. Sprawiało to, że nominalnie ten sam pieniądz błyskawicznie tracił swoją realną rynkową wartość i w ten sposób ceny produktów rosły.

Milowy krok – papier

Na inny sposób rozliczania transakcji już na początku XI wieku wpadli Chińczycy. Zaczęli oni drukować pieniądze papierowe, których wartość na początku była zabezpieczona odpowiednią ilością metali szlachetnych w skarbcu cesarza. Niestety tamtejsi władcy i ich urzędnicy szybko wpadli na pomysł, że przecież nikt nie może im zabronić drukować więcej papieru aniżeli jego rzeczywiste pokrycie w złocie czy srebrze. W ten sposób tworzono pusty pieniądz, którego wartość systematycznie spadała i wielokrotnie podkopywało to zaufanie do tego środka płatniczego. W Europie pierwsi (dopiero w XVIII w.) za druk wzięli się Szwedzi i najstarszy wciąż istniejący bank centralny świata – Riksbank. Mimo ostrzeżeń kolejne rządy najpierw drukowały na potęgę, a potem zmniejszały podaż pieniądza, prowadząc w ten sposób do kryzysów, które podkopały tamtejszą demokrację. Natomiast we Francji drukowanie banknotów (ang. bank notes) bez pokrycia ich wartości doprowadziło ostatecznie do upadku monarchii. To doskonałe przykłady, jak ignorowanie podstawowych praw ekonomii prowadzi do gwałtownych zmian i upadków zastanych porządków.

Inflacja to za mało

Jednak do czasów nowożytnych wzrost cen nawet w najgorszych przypadkach nie przekraczał kilkudziesięciu procent rocznie. Wszystko zmieniła I wojna światowa, a raczej jej skutki, które zmusiły ludzi do zaznajomienia się z nowym pojęciem hiperinflacji. W ten sposób zaczęto mówić o przynajmniej dwucyfrowej inflacji. Przynajmniej, ponieważ w latach 20. XX w. w Niemczech potrafiła ona rosnąć o nawet 300% miesięcznie. Jednak daleko temu do rekordów powojennych Węgier czy Boliwii lat 80., gdzie ceny rosły w tempie 20 tys. % rocznie. Oczywiście państwa na przestrzeni lat zależnie od doświadczeń i systemów politycznych próbowały walczyć z tymi zjawiskami na różne sposoby. Jednym z nich jest sztuczna kontrola cen, która jednak z reguły prowadzi do niedoborów części produktów, czy też rozkwitu czarnego rynku. Kiedy podstawowe towary (np. chleb) osiągają miliardowe wartości w danej walucie, to decydenci często zarządzają denominację, czyli urzędowo ustalają, że np. stary miliard marek od tego momentu będzie jedną marką. W Polsce poznaliśmy ten proces w latach 90., gdy stary złoty został zastąpiony nowym w przeliczeniu 1:10 000. Niestety takie działanie ma też swoje negatywne skutki. Jednym z nich może być utrata oszczędności (a dokładnie ich wartości) przez obywateli, co może skutkować poważnymi konsekwencjami społecznymi i politycznymi (vide międzywojenne Niemcy).

Jak z nią żyć?

Ponieważ żadne państwo nie chce funkcjonować od kryzysu do kryzysu, to większość krajów rozwiniętych jako sposób walki z inflacją wybrała drogę niezależności banków centralnych od rządów. Ten fakt w połączeniu z racjonalną kontrolą podaży pieniądza pozwala na utrzymywanie wzrostu cen w ryzach. Jednak samo zjawisko inflacji (idealnie gdy jest ona niezbyt wysoka, np. w Polsce cel inflacyjny ustalony jest na 2,5%) jest niezbędne do prawidłowego rozwoju gospodarki rynkowej, która z założenia musi się charakteryzować ciągłym (najlepiej nie za bardzo gwałtownym, ale za to stabilnym) wzrostem. Mogłoby się wydawać, że z punktu widzenia zwykłych obywateli zjawisko odwrotne, kryjące się pod pojęciem deflacji (czyli w skrócie wzrost wartości pieniądza i jego siły nabywczej), będzie korzystne. Jest to jednak spojrzenie krótkowzroczne, ponieważ z reguły deflacja wiąże się z podażą, której nie zaspokaja popyt, a to może być zabójcze dla każdej gospodarki. Dodatkowo taka sytuacja zmusza bank centralny do utrzymywania bardzo niskich stóp procentowych, zaburzając rentowność depozytów, a tym samym narażając oszczędności obywateli i stabilność systemu bankowego. Ze zjawiskiem deflacji od długiego czasu zmaga się jedna z największych gospodarek świata, czyli Japonia, dla której staje się ona coraz większym obciążeniem. Oczywiście powyższe podejście jest spojrzeniem starej, klasycznej szkoły ekonomii, które mimo działań wielu regulatorów z ostatnich lat (na potęgę tnących stopy procentowe i drukujących pusty pieniądz w postaci programów skupu aktywów) wciąż obowiązuje w realnej gospodarce. Jednak ostatnie działania władz monetarnych to już temat na inną historię…

Przedstawione, w dystrybuowanych przez serwis raportach, poglądy, oceny i wnioski są wyrazem osobistych poglądów autorów i nie mają charakteru rekomendacji autora lub serwisu walutomat.pl do nabycia lub zbycia albo powstrzymania się od dokonania transakcji w odniesieniu do jakichkolwiek walut lub papierów wartościowych. Poglądy te jak i inne treści raportów nie stanowią „rekomendacji” lub „doradztwa” w rozumieniu ustawy z dnia 29 lipca 2005 o obrocie instrumentami finansowymi. Wyłączną odpowiedzialność za decyzje inwestycyjne, podjęte lub zaniechane na podstawie komentarza, raportu lub z wykorzystaniem wniosków w nim zawartych, ponosi inwestor.

Autorzy serwisu są również właścicielem majątkowych praw autorskich do treści. Zabronione jest kopiowanie, przedrukowywanie, udostępnianie osobom trzecim i rozpowszechnianie treści w całości lub we fragmentach bez zgody autorów serwisu. Zgodę taką można uzyskać pisząc na adres kontakt@walutomat.pl.

Adam Fuchs

Analityk walutowy Walutomat.pl