Rachunek poproszę, czyli ile będzie nas kosztować koronakryzys?

26 Paź 2020

Pandemia koronawirusa absolutnie zmieniła reguły gry na wielu frontach. Obecnie świat musi się mierzyć z problemami, których do tej pory nie znał, są one czymś zupełnie nowym. Nie jest to oczywiście pierwsza epidemia, z którą zmaga się ludzkość, jednak ostatnia tak poważna miała miejsce 100 lat temu. Żyjemy w całkowicie innym świecie, innej rzeczywistości, doświadczenia z „hiszpanki” są nie tylko mocno zakurzone, ale bardzo często po prostu nieaktualne. Ale nie wszystkie demony zbudzone przez Covid są dla nas nowe. Niektóre doskonale znamy, wiemy, czym grożą, a jednak wciąż uparcie do nich brniemy.

Strach przed nieznanym

Z perspektywy czasu łatwo wejść w rolę cenzora, krytykując rządy za zbyt radykalne środki powzięte po wybuchu epidemii. Dzisiaj wydaje się, że koszty lockdownu gospodarek wielokrotnie przerosły potencjalne skutki pandemii. Warto jednak pamiętać, że liderzy państw, po pierwsze kierują się nie tylko czystym bilansem ekonomicznym, a po drugie na początku marca nikt nie wiedział, w którą stronę podąży kryzys. Nie zmienia to jednak faktu, że w wiele z tych działań wkradł się chaos, zabrakło spójnej idei. Jedynym strategicznym celem, jaki przyświecał władzom zarówno politycznym, jak i monetarnym, była próba zasypania koronawirusa pieniędzmi. Absurdalnie niskie stopy procentowe doprowadziły do sytuacji, gdy rządy bez głębszej refleksji mogły prześcigać się w ogłaszaniu kolejnych pakietów pomocowych. Co więcej, w co najmniej kilku przypadkach działania te były nakierowane na zbicie kapitału politycznego, a nie na maksymalizację efektywności walki z wirusem. Wystarczy rzut oka na to, jak mały odsetek wszystkich tych funduszy trafił choćby na służbę zdrowia. Większość środków została przepalona na walkę z efektami dekretów politycznych, a nie spożytkowana na realną walkę z zagrożeniem.

Jak nie zarobi to pożyczy

W 2020 rok wchodziliśmy z ambitnym planem zrównoważenia budżetu, z załataną dziurą i wogóle w różowych okularach. Co prawda już wtedy nie brakowało sceptyków, mających wątpliwości, czy plan jest realny, jednak rząd z ministrem finansów na czele zapewniali, że to może się udać. Z oczywistych względów jednak się nie udało, ale porównując założenia z rzeczywistością, możemy łatwo wyliczyć jaki rachunek nam wystawiła epidemia. A ten jest wprost galaktyczny. Deficyt w 2020 roku ma wynieść 110 mld złotych. Kolejne 80 mld dojdzie w przyszłym roku, jeśli uda się zrealizować niedawno opublikowane założenia budżetowe, a jak wiemy w okresie pandemii, nie jest to takie oczywiste. Do tego należy doliczyć środki poniesione na walkę z Covid, które dzięki różnym księgowym sztuczkom zostały wypchnięte poza budżet. Bank Gospodarstwa Krajowego wziął na siebie kolejne 100 mld zł, a Polski Fundusz Rozwoju w ramach tarczy finansowej wyda kolejne 60 mld zł (netto). W przeciągu dwóch lat rachunek wyniesie (co najmniej) 350 mld zł!

Czy to dużo?

Dla lepszego oglądu sytuacji przytoczmy kilka liczb. Dochody budżetowe w 2020 roku mają wynieść 398 mld zł. Oznacza to, że przy pełnym wyłączeniu państwa: służby zdrowia, armii, odcięciu od pensji polityków, ale również nauczycieli, udałoby się ten dług spłacić w rok. Zostałoby nawet na obsługę (nie spłatę!) wcześniej zaciągniętych zobowiązań. Tak apropos dług publiczny (ten jawny) wynosi 1 200 mld zł, co oznacza, że jeden czynnik powiększy go o przeszło ¼. Dla porównania warto pamiętać, że roczne koszty programu 500+, które jak się obawiano, miały pogrążyć rodzimy budżet, wynoszą trochę ponad 20 mld zł. W założeniach do budżetu na następny rok możemy wyczytać, że wydatki na całą służbę zdrowia zamkną się w granicach 120 mld zł. Mówimy więc tu o wydatkach na niespotykaną dotąd skalę.

Piekła nie ma

Warto się zastanowić, jak to w ogóle jest możliwe, że rząd jest w stanie pożyczyć z rynku tak potężne środki, choć jeszcze rok temu wydawało się to absolutnie niemożliwe. Najprostszym wyjaśnieniem jest drastyczne obcięcie stóp procentowych. Te jeszcze przed pandemią były nienaturalnie długo utrzymywane na rekordowo niskich poziomach. Później już na wiosnę epidemia została wykorzystana jako pretekst do kolejnych obniżek, co sprowadziło oficjalny koszt pieniądza w okolice zera. Kredyt ogólnie stał się znacznie tańszy, co również odbiło się na rentownościach obligacji skarbu państwa. Jeszcze istotniejsze wydaje się jednak być rozpoczęcie programu skupu aktywów w znacznej części opartych na państwowym długu. Co ciekawe konstytucja jasno określa, że bank centralny nie może finansować wydatków rządu, jednak przy pomocy BGK ten zakaz w mało subtelny sposób jest omijany. NBP interweniując na rynku, nie tylko w sposób bezpośredni manipuluje rentownością papierów skarbowych, ale również zapewnia ciągły na nie popyt. Warto również zwrócić uwagę na zadziwiającą bierność agencji ratingowych, które od początku kryzysu przyjęły strategię odwracania wzroku. Nie sposób uwierzyć, że tak potężne wydatki budżetowe, które pozostają bez pokrycia, nie odbijają się w żaden sposób na wiarygodności kredytowej państwa. Jak dołożymy do tego niższe przychody spowodowane lockdownem oraz fakt, że dług najczęściej jest przedstawiany w relacji do PKB, które w tym roku zanotowało rekordowy spadek, milczenie tych agencji jest absolutnie niezrozumiałe.

Moral hazard

Z tej perspektywy nie dziwi, że rząd sięga głębiej do kieszeni, wydłubując w niej coraz większą dziurę. Naturalnym mechanizmem obronnym przed nadmiernym zadłużaniem są koszty obsługi długu, agencje ratingowe oraz rynek, który w przypadku nadmiernych aberracji odwraca się od danego instrumentu. Obecnie wszystkie trzy bezpieczniki są wyłączone, co rząd bez głębszej refleksji maksymalnie wykorzystuje. Oczywiście nie jest to przywara tylko Polaków, jak świat długi i szeroki praktycznie wszyscy zwiększają skalę zadłużenia i robią to w sposób bezprecedensowy. Żyjemy nie tylko w świecie zerowych stóp procentowych, posunęliśmy się znacznie dalej, paląc za sobą mosty, gdzie powrót do wyższego kosztu pieniądza zapewne będzie miał opłakane skutki dla budżetów większości państw. Tani pieniądz okazał się wyjątkowo mocno uzależniającym narkotykiem, do tego stopnia, że efekt odstawienia będzie nie tyle bolesny, co może okazać się zabójczy.

Co dalej?

Znajdujemy się w przededniu prawdopodobnie największego kryzysu zadłużeniowego w historii. Poziomy długu obserwowane po ostatnim krachu finansowym z 2008 roku w obecnej sytuacji wydają się niewinną zabawą, a warto pamiętać, że prawie doprowadziły do rozpadu Unii Europejskiej (casus Grecji, czy szerzej grupy PIGS). Co więcej, tak naprawdę obecnie zaciągniętego zadłużenia nikt nie ma zamiaru spłacić. Jedyną rozpatrywaną strategią jest tzw. wyrastanie z długu, poprzez wzrost gospodarczy. Nominalnie dług będzie rósł, jednak w relacji do PKB powinien spadać, a przynajmniej na to liczą politycy. Ta taktyka niesie za sobą dwa poważne ryzyka. Po pierwsze wyrastanie zajmuje bardzo dużo czasu, należy mieć nadzieję, że po drodze nie natrafimy na kolejny kryzys i że w tym czasie uda się utrzymać zerowe stopy procentowe. Przy czym nie mówimy tu o latach, a raczej dekadach, co mocno podnosi poziom trudności. Drugim ryzykiem jest kwestia inflacji, która może być swoistym turbodoładowaniem przy tym wyrastaniu. Jest ona zależna od poziomu stóp procentowych, przy czym im one są niższe, tym wzrost cen większy. Pokusa na jej rozdmuchanie wydaje się więc oczywista. Wyrwanie się inflacji spod kontroli, z jednej strony faktycznie odciąży rząd z zadłużenia, z drugiej jednak stanie się to kosztem obywateli i społeczeństwa. A do czego jest zdolna hiperinflacja już mieliśmy w historii kilka przykładów.

Nie rzucać rękawic

Nie oznacza to oczywiście, że rządy powinny zachować absolutną bierność w walce z epidemią. Problem w tym, że nadmiar taniego pieniądza spowodował, że możemy sobie pozwolić na najłatwiejsze rozwiązania i nie musimy wcale szukać tych najskuteczniejszych. Ograniczone środki od zawsze były kołem zamachowym naszej cywilizacji. Obecnie stać nas na nieskończone zapasy pudru do maskowania problemu, rzecz w tym, że przez to tracimy z oczu sedno kryzysu i motywację do jego rozwiązania. Dług, który obecnie zaciągamy, będzie miał swoje konsekwencje, nawet jeśli uparcie będziemy odwracać od nich wzrok.

Przedstawione, w dystrybuowanych przez serwis raportach, poglądy, oceny i wnioski są wyrazem osobistych poglądów autorów i nie mają charakteru rekomendacji autora lub serwisu walutomat.pl do nabycia lub zbycia albo powstrzymania się od dokonania transakcji w odniesieniu do jakichkolwiek walut lub papierów wartościowych. Poglądy te jak i inne treści raportów nie stanowią „rekomendacji” lub „doradztwa” w rozumieniu ustawy z dnia 29 lipca 2005 o obrocie instrumentami finansowymi. Wyłączną odpowiedzialność za decyzje inwestycyjne, podjęte lub zaniechane na podstawie komentarza, raportu lub z wykorzystaniem wniosków w nim zawartych, ponosi inwestor.

Autorzy serwisu są również właścicielem majątkowych praw autorskich do treści. Zabronione jest kopiowanie, przedrukowywanie, udostępnianie osobom trzecim i rozpowszechnianie treści w całości lub we fragmentach bez zgody autorów serwisu. Zgodę taką można uzyskać pisząc na adres kontakt@walutomat.pl.

Krzysztof Adamczak

Analityk walutowy Walutomat.pl